Władysław Kurek - wspomnienie / Konrad Borek
Dodane przez zrecin dnia 07.11.2020

   Z głośnika starego odtwarzacza płyt CD dochodzą dźwięki dawnej ludowej żydowskiej melodii Yidl mitn fidl. Pan Władysław (czy raczej Dziadziu Kurek, jak zawsze go nazywałem na jego własną prośbę) siedzi zamyślony przy klawiszach. Pogwizduje cicho, starając się odwzorować niecodzienną linię melodyczną na nutowym papierze. Ta charakterystyczna osobliwa skala z sekundą zwiększoną na szóstym stopniu (muzyczna terminologia nigdy nie była dla niego tajemnicą), wyraźnie go frapuje, ciekawi i pochłania. Pogwizduje cicho, sprawdzając czy ...


Rozszerzona zawartość newsa

      

Z głośnika starego odtwarzacza płyt CD dochodzą dźwięki dawnej ludowej żydowskiej melodii Yidl mitn fidl. Pan Władysław (czy raczej Dziadziu Kurek, jak zawsze go nazywałem na jego własną prośbę) siedzi zamyślony przy klawiszach. Pogwizduje cicho, starając się odwzorować niecodzienną linię melodyczną na nutowym papierze. Ta charakterystyczna osobliwa skala z sekundą zwiększoną na szóstym stopniu (muzyczna terminologia nigdy nie była dla niego tajemnicą), wyraźnie go frapuje, ciekawi i pochłania. Pogwizduje cicho, sprawdzając czy zapis wiernie oddaje usłyszany rytm i melodię. Kartka zapełnia się czarnymi znakami. Bemole zmieniają się w krzyżyki, aby po chwili – przekreślone - znów wrócić do swojego pierwotnego kształtu.

Czy tak może być? – pyta, przeczesując charakterystycznie włosy i odgrywając zapisany fragment na klawiaturze. Kiedy parę miesięcy później usłyszy studyjne nagranie utworu uśmiechnie się skromnie, jakby sam jeszcze nie wierzył, że podołał postawionemu przed nim zadaniu. - Przydałby się wam tam jeszcze bas! - szybko dopowie, a jego muzyczna wyobraźnia od razu nakaże mu naśladować rytmiczne dźwięki instrumentu w rytm słyszanej melodii. Uśmiech od razu rozświetli jego twarz, bo kiedy śpiewał lub choćby nucił - zawsze się uśmiechał.  Że ja ci to zapisałem!? –  będzie jeszcze wielokrotnie powtarzał z nutką jakby niedowierzania, skrywającą satysfakcję, dumę, radość z tworzenia, ale przecież i z okazanej pomocy, po którą zwrócił się uczeń do mistrza.


    Pan Władysław Kurek - „człowiek orkiestra”, twórca ludowy, społecznik, działacz, nauczyciel, kierownik  muzyczny niezliczonych zespołów artystycznych, organista, laureat rozmaitych konkursów, zdobywca nagród i wyróżnień, prezes Ludowego Klubu Sportowego, radny gminy. A przede wszystkim człowiek o ogromnej wrażliwości, artystycznej intuicji, otwartości, ciekawości świata. Dziś powiedzielibyśmy: niepowtarzalna osobowość, legenda, człowiek renesansu. Pana Władysława znali i znają wszyscy: lokalni artyści i animatorzy kultury, politycy, księża z okolicznych parafii. Trudno było wyobrazić sobie dożynki, festyny, festiwale kultury ludowej bez jego udziału. Uwielbiał zaskakiwać, co czyniło go twórcą niebywale oryginalnym i rozpoznawalnym daleko poza granicami jego rodzinnego Zręcina.

Popularne piosenki aranżował na swój własny, osobliwy sposób, dopisując do nich kolejne strofy i refreny. Z pasją odnajdywał też te dawno zapomniane, których „nikt nie zna”. Dzielił się swoimi odkryciami z błyskiem w oku, niczym archiwista lub bibliotekarz, który z otchłani swojego królestwa nagle wydobył perłę, aby pokazać ją światu. Nie bał się odważnych eksperymentów. Zakładając Kapelę Podwórkową Stara Wiara łamał stereotyp twórcy ludowego jedynie, wprowadzając na lokalną scenę posmak wielkiego świata, niekiedy z przymrużeniem oka, niekiedy zupełnie na poważnie, zawsze jednak „podwórkowo”, zawsze z konkretnej, tutejszej perspektywy. A co ważniejsze, robił to w taki sposób, że w scenicznych amerykańskich kowbojach ubranych w okazałe kapelusze, bądź warszawskich muzykantach z Pragi w kraciastych beretach,  każdy mógł z łatwością rozpoznać samego siebie.  Szanował tradycję, ale nieustannie odnajdywał dla niej nowe środki wyrazu – nie pozwalał jej zastygnąć w muzealnej gablotce, porosnąć kurzem skansenu. Nie znosił bylejakości, sztampy, bezmyślnej powtarzalności. Pracując jako organista odnajdywał zapomniane melodie psalmów i pieśni a następnie wprowadzał je do swojego repertuaru, aby chwilę później nauczyć ich ludzi dla których grał. Muzyka sakralna, muzyka świecka, muzyka ludowa, muzyka popularna – wszystkie one były dla niego po prostu szczerym emocjonalnym przekazem, płynącym z serca (czy można inaczej niż jako pewien symbol opisać instrument muzyczny, który stał w jego domu i którego z dumą używał, łączący w sobie możliwości techniczne kościelnych organów i keyboardu?).

Ujmująca szczerość i dystans do samego siebie były tym, co go wyróżniało i co bardzo cenił w innych. W melodii ale i w życiu musiało „stroić”. Przepływ akordów, tak jak i przepływ emocji czy myśli musiał pozostać niezakłócony, niezmącony dysonansem nieporozumienia. Dlatego tak lubił spędzać czas z tymi, z którymi w lot się dogadywał, nieomal bez udziału słów, intuicyjnie – tym którym „nie trzeba było dwa razy powtarzać”. Bez wątpienia był silną osobowością, niekiedy być może kontrowersyjną, jasno przedstawiającą i potrafiącą bronić własnego oglądu sprawy. Jego obecność mogła onieśmielać, tak jak wtedy, gdy pojawił się na jednym z przeglądów piosenki dziecięcej, a jego stremowany uczeń kilkukrotnie pomylił się w trudniejszym "pasażu". Owe "pasaże" zresztą, charakterystyczne ozdobniki, przygrywki, przednutki i tryle uczniowie przyswajali mimochodem, przesiąkali nimi na tyle, że gdy stawali na scenie, lokalni słuchacze chcieli widzieć w nich grającego „pana Kurka”.

Nigdy jednak niczego na nikim nie wymuszał. Aby z sukcesem zdać egzamin do szkoły muzycznej pana Władysława, należało już w bardzo młodym wieku odpowiedzieć (jemu ale przede wszystkim sobie) na najważniejsze pytanie: "czy chcesz"? Zadawał to pytanie bardzo poważnie, nie zważając na to, czy rozmawia z ośmioletnim dzieckiem czy nastoletnim młodzieńcem. Nie interesowały go ambicje rodziców adepta sztuki, lecz osobowość samego kandydata na ucznia, jego motywacje i potencjał. Można przypuszczać, że testował w ten sposób kształtującą się dopiero osobowość i artystyczne predyspozycje – choć sam nigdy w ten sposób o tym nie mówił. Nie był budzącym strach jurorem. Raczej wrażliwym, cierpliwym, ciekawym drugiego człowieka przewodnikiem.


    Nie znałem dogłębnie wszystkich sfer działalności Dziadzia Kurka. Nie potrafię opowiedzieć i ocenić jakim był radnym, prezesem klubu czy impresariuszem. Choć dziś wydaje mi się szalenie ciekawe to, jak łączył sztukę ze sportem, którym też przecież się pasjonował. Czy działalność publiczna również była dla niego sztuką? A może było odwrotnie? Może to sztuka, jak mawiał słynny antropolog Clifford Geertz, nie była dla niego wartością czysto estetyczną, lecz jakością wplecioną w tkaninę konkretnego, lokalnego wzoru życia? Ostatnimi czasy nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmów, choć cieszył się ilekroć otwierał mi drzwi swojego domu. Zawsze z zakłopotaniem tłumaczyłem się mu z brakującego czasu na muzykę, a on z wyrozumiałością napominał mnie o niewybaczalności zapomnienia tego, czego człowiek już się nauczył. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodziło tu tylko o układ rąk na klawiaturze.

Konrad Borek

 

PS redakcja

W ostatnim tygodniu października br. do domu Ojca odszedł śp. Władysław Kurek, wspaniały artysta oraz twórca zręcińsjkiej, ale i regionalnej kultury, uhonorowany odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Społecznik i człowiek o wielkiej osobowości, dzięki której zapisał się na trwałe w naszej zręcińskiej historii. Drogi Panie Władziu będzie nam Ciebie brakowało.