ZAMORDOWAŁ WIKAREGO W ZRĘCINIE/Jurek Szczur
Dodane przez zrecin dnia 10.06.2018

O zagadkowym morderstwie, dokonanym na księdzu Solskim, wikarym w Zręcinie, ludzie długo opowiadali oraz pisały o tym gazety.
Zręcin w tym czasie często gościł na łamach gazet. To tu w końcu mieszkał najbogatszy człowiek w całej Galicji. To w Zręcinie, w pałacu Klobassy postawały projekty ustaw sejmowych dotyczących górnictwa. Mieszkańcy Zręcina na swej drodze spotykali jednak nie tylko dobre, ciekawe czy wesołe wiadomości. Były i tragiczne, straszne i przerażające. Dwie takie tragedie przetrwały do dzisiaj i zapisane na pożółkłych kartach historii możemy je dzisiaj przypomnieć.

Ksiądz Kazimierz Solski, człowiek starszy,....


Rozszerzona zawartość newsa

O zagadkowym morderstwie, dokonanym na księdzu Solskim, wikarym w Zręcinie, ludzie długo opowiadali oraz pisały o tym gazety.
Zręcin w tym czasie często gościł na łamach gazet. To tu w końcu mieszkał najbogatszy człowiek w całej Galicji. To w Zręcinie, w pałacu Klobassy postawały projekty ustaw sejmowych dotyczących górnictwa. Mieszkańcy Zręcina na swej drodze spotykali jednak nie tylko dobre, ciekawe czy wesołe wiadomości. Były i tragiczne, straszne i przerażające. Dwie takie tragedie przetrwały do dzisiaj i zapisane na pożółkłych kartach historii możemy je dzisiaj przypomnieć.

Ksiądz Kazimierz Solski, człowiek starszy, spokojny, miał jedynie stosunki ze swoją rodziną, do której należał także 24. letni bratanek Ksawery S., syn mieszczanina w Dukli, który nie przykładał się do ukończenia szkół, a i praca jakoś specjalnie go nie pociągała. W tym czasie, którego dotyczy ta historia, nie był nigdzie zatrudniony, należał jedynie do batalionu obrony krajowej w stopniu kaprala.

Ten to Ksawery  przybył do swego stryja, księdza Kazimierza Solskiego, do Zręcina, przenocował i dnia następnego odjechał końmi, które  wynajął mu ks. Solski, do pobliskich Kobylan, gdzie jak powiedział stryjowi -  miał objąć posadę ekonoma i musiał jechać w sprawie dogadania szczegółów. Jak się później okazało, nie było to prawdą i do Kobylan nie dotarł.  Okło północy wrócił do Zręcina, czekał tu na niego ksiądz Solski, który był ciekaw co bratanek załatwił. Mimo późnej pory siedzieli i rozmawiali prawie do drugiej w nocy. Usługiwała im starsza już gospodyni Apolina Gąsior, która przyniosła im świeżo zaparzoną herbatę. Około drugiej  w nocy, jak zeznała gospodyni, życząc sobie wzajemnie dobrej nocy, poszli spać. Obydwaj spali w rożnych pokojach. Jak się później okazało ta noc nie była dobrą dla żadnego z nich.

Nad ranem, pomiędzy godziną 5.00, a 6.00 gospodyni usłyszała krzyk. Pierwsze co pomyślała to to, że w domu wybuchł pożar i wybiegła szybko na zewnętrz. Tu jednak nikogo nie było, a ognia i dymu nie widać. Krzyk dobiegał z sypialni księdza wikarego. Szybko wróciła do domu.Tu w kuchni zobaczyła księdza Solskiego opartego o ścianę, całego zalanego krwią, który chwycił ją za rękę i błagał o ratunek.

W tym momencie usłyszała odgłos strzału pochodzący z pierwszego pokoju. Nie wiedziała co się dzieje, przestraszona pozostawiła księdza i wybiegła na zewnątrz budynku krzycząc ile miała sił - wołając o pomoc.
Usłyszał ją gospodarz Piotr Grochowski, przybiegł i wszedł do kuchni, gdzie przy progu w kałuży krwi, leżał już martwy ksiądz Solski. W lewej piersi miał wbity żelazny grot w kształcie laski.
Później przybiegła służąca i razem weszli do pokoju, gdzie spał bratanek księdza. Na podłodze przy sofie znaleźli go również rannego i zbroczonego krwią lecz żyjącego i przytomnego. Na podłodze leżał pistolet. Nie wiedzieli wogóle co się tu stało.

Jak się jednak okazało mordercą był ów bratanek księdza wikarego, który dużym rzeźniczym nożem, chciał poderżnąć gardło swojemu stryjowi-ksiedzu Solskiemu, nie udało się, pierwszy cios trafił w brodę, przecinając ją wzdłuż. Następny cios rzeźniczym nożem trafił w szyję, lecz i to uderzenie nie było śmiertelne. Dopiero pchnięcie w lewą pierś metalowym grotem laski okazało się śmiertelne.

Morderca zaś chciał popełnić samobójstwo i strzelił sobie z pistoletu śrutowego prosto w czoło. Nie umarł od razu, kilka odłamków śruta dostało się do mózgu. Umierał powoli i świadomie.a przez ten czas leżał w wikarówce zręcińskiej, gdzie go pielęgnowano. Jak zapisał ówczesny proboszcz ks. Krzeczowski: sprowadzono lekarza, Mazurkiewicza z Krosna, lecz ten tylko przez 9 dni utrzymał go przy życiu, (...) do końca zatwardziały niechcący się przed śmiercią z Panem Bogiem pojednać bez obrzędu kościelnego na cmentarzu parafialnym pogrzebany został”...
A działo się to 144 lata temu.


Jurek Szczur